piątek, 24 maja 2024
Imieniny: PL: Joanny, Zdenka, Zuzanny| CZ: Jana
Glos Live
/
Nahoru

Pre-teksty i Kon-teksty: Wielu papieży | 23.04.2024

Ni z tego, ni z owego papieże stali się jakiś czas temu modnym tematem dla filmowców („Dwóch papieży” – Anthony Hopkins i Jonathan Price; seriale „Rodzina Borgiów” czy „Młody papież”). Oglądnąłem je, ale bez zachwytu. Niemniej, warto zauważyć, literatura piękna ma, gdy idzie o temat papieży, jeszcze mniej szczęścia.

Ten tekst przeczytasz za 6 min. 30 s
Kadr z filmu „Dwóch papieży”. Fot. Netflix

I
Wreszcie takie dzieła popularnych pisarzy, jak „Anioły i demony” Dana Browna czy – to już kompletny gniot – „Konklawe” Roberta Harrisa pokazują, jak łatwo pisząc coś o papiestwie wpaść w sidła zbyt wybujałej fantazji i ponowoczesnych stereotypów. Dla jasności – nie jest tak, że wspomniane tu powieści mnie obrażają jako katolika. Obrażają mnie jako czytelnika, bo są po prostu niezwykle lichą literaturą. Zwłaszcza „Konklawe” oceniam jako pozycję żenująco słabą. Przedstawiany przez nią wyimaginowany przebieg wyboru nowego Ojca Świętego jest do bólu schematyczny. Finał powieści staje się przewidywalny już po kilkunastu stronach lektury. Nowym papieżem zostaje nieznany nikomu kardynał z Filipin, który jako jedyny jest dobrym człowiekiem w prawdziwym „kłębowisku żmij” za jakie autor każe uważać pozostałych kandydatów. A jeszcze – na dodatek – ów filipiński kardynał okazuje się kobietą… To może jednak przesadny trybut składany (po)nowoczesnym modom. Połączenie zestawu startych stereotypów i uprzedzeń z postępową ideologią powoduje, że tak ważnego dla thrillera efektu zaskoczenia, po prostu nie ma; pojawia się za to poczucie żenady, jaką – za nasze pieniądze, jeśli kupiliśmy książkę – zafundował nam autor.

II
W powieści Browna „Anioły i demony” pewien podstępny duchowny, przedstawiany, a jakże, jako fanatyk wiary katolickiej, truje – słuchajcie, słuchajcie – papieża, zabija czterech kardynałów, detonuje nad Watykanem ładunek o sile przewyższającej bombę atomową, sam ratując się skokiem na spadochronie. A wszystko po to tylko, po to, by… wzmocnić wiarę. Jakim sposobem? Otóż szaleniec ów chce ożywić wiarę katolicką przez stworzenie poczucia zagrożenia. Wszystkie zbrodnie bowiem zamierza przypisać tajemniczemu bractwu illuminatów, od wieków grupującemu wrogów Kościoła katolickiego. Do umocnienia wiary przyczynić się ma także niby-cudowne ocalenie zbrodniczego duchownego, który detonując bombę, sam, jako się rzekło, szczęśliwie ewakuuje się dzięki spadochronowi, po to, by – no, oczywiście – zostać… nowym papieżem. Czy muszę dodawać, że ów zbrodniczy duchowny z powieści Browna sam okazuje się przy okazji synem papieża, którego uśmiercił? Zaskoczeni? Zbrodnicze plany krzyżuje mu główny bohater powieści, doktor Langdon, który – przejrzawszy zamiary fanatyka – skacze z tego samego co on helikoptera, tyle że… z płaszczem zastępującym spadochron. Bez obaw, nie tylko przeżyje, ale jeszcze da do wiwatu… Film „Dwóch papieży” też reklamowany jest dość sensacyjnym cytatem: „Jeśli to zrobisz, na zawsze zniszczysz papiestwo”. Ale jest jednak – trzeba przyznać – o niebo od dzieła Browna ciekawszy.

III
Swoją drogą, gdy idzie o temat „dwóch papieży”, to mógłbym podrzucić twórcom filmów i literatury wątek naprawdę sensacyjny, acz dzisiaj chyba jednak o wydźwięku bardzo niemodnym. Oto w XVI wieku tureckie imperium Osmanów zagrażało chrześcijańskiej Europie w stopniu dzisiaj trudno wyobrażalnym. I wtedy właśnie doszło do decydującego starcia pod Lepanto (1571). Otóż nikt nie zasłużył się bardziej wiktorii pod Lepanto niż papież Pius V. Jego poprzednik – Pius IV, cieszył się opinią człowieka opanowanego, tolerancyjnego, obytego w świecie, ceniono powszechnie jego zmysł polityczny i nienaganne maniery. Jednak ten światowy papież bez sukcesu próbował odeprzeć islamską nawałnicę. Pius V zaś „wszystko, co miał, zawdzięczał Kościołowi, któremu służył z niepokojącą żarliwością” (Roger Crowley, „Imperia morskie. Batalia o panowanie na Morzu Śródziemnym”, 1521-1580, Rebis Poznań 2012), nie cieszył się bynajmniej popularnością. Ba, nie szczędzono mu najbardziej zjadliwych złośliwości. „Byłoby dla nas lepiej, gdyby obecny Ojciec Święty nas opuścił, niezależnie od tego, jak wielka, niezwykła, niezrównana i wyjątkowa jest jego świętobliwość”. A przecież to dzięki sztuce dyplomatycznej Piusa V Europa ocalała. I jeszcze uwaga z jeszcze innym papieżem w tle. Tym razem z wydanej pod koniec roku książki wybitnego filozofa, Leszka Kołakowskiego (zatytułowanej) „Chrześcijaństwo”. Powiada Kołakowski: „Wielki Innocenty III, papież żelazny, teokrata i geniusz polityczny, napisał był, jeszcze zanim się tronu papieskiego dorobił, dziełko »O nędzy doli człowieczej«. Zdaje się, że kościół do swoich czasów się adoptował i sugeruje nam, że będzie na świecie coraz weselej. A ja właśnie nie myślę wcale, że będzie coraz weselej, i nawet śmiem mniemać, że jest zadaniem Kościoła, by to właśnie, za przykładem Innocentego III, mówić, choćby narażając się na ośmieszenie i (głupi) zarzut, że Kościół życia nie zna” (Leszek Kołakowski, „Chrześcijaństwo”, Znak, Kraków 2019, s. 501).

IV
Do lektury tekstów profesora Kołakowskiego zachęcam na łamach „Głosu” nie po raz pierwszy. Tu mała ciekawostka. Jednym z najważniejszych dzieł Kołakowskiego były trzy tomy „Głównych nurtów marksizmu”. Prawdę mówiąc nie przypominam sobie by odwoływał się w nim do listów Karola Marksa. A przecież filozofowie ubierali niegdyś swoje poglądy w formę listu czy nawet serii listów. Nie zawsze były one dla czytelników tak wyrafinowaną literacką zabawą jaką do dzisiaj oferują „Listy perskie” Monteskiusza, ale miewały intelektualną wagę. A stąd miewały także swoje konsekwencje. Te zaś nie zawsze były dla autorów przyjazne. Ot, choćby słynny list Piotra Czaadajewa, za który autor skazany został na przymusowe leczenie psychiatryczne. Działo się to za cara Mikołaja I, a więc na długo przedtem zanim na ten prosty sposób pozbywania się nieprawomyślnych poddanych (zwanych już jednak wówczas obywatelami czy towarzyszami) wpadli komuniści. No cóż, są listy i listy. Pisał Karol Marks do Fryderyka Engelsa. „Możliwe, że zrobię z siebie osła. Ale wtedy zawsze mogę się z tego wykręcić dzięki odrobinie dialektyki. Zbudowałem swoje twierdzenia w taki sposób, żeby w każdym przypadku były prawdziwe”, Karol Marks w liście do Fryderyka Engelsa (1857). No proszę, a dzisiaj dialektyka filozofa z Trewiru znowu wraca do łask. A przecież to prorok, kodyfikator, a może nawet i papież lewicowej utopii.







Może Cię zainteresować.